Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rozwój osobisty katechety

10 września 2020

NR 5 (Wrzesień 2020)

Warto słuchać

7

Jako katecheci powinniśmy się za swoich uczniów często modlić. Za nich i w ich konkretnych intencjach. Jednak samo zapewnienie o modlitwie nie wystarczy. Samo powiedzenie: „Nie martw się, pomodlę się za Ciebie”, chociaż jest czymś naprawdę potrzebnym, 
to bez modlitwy staje się suchym zdaniem.

Co roku staram się z kilkoma moimi współbraćmi (jest to w miarę stała ekipa) wybrać się wspólnie w góry. Od kilku lat jeździmy wspólnie do Zakopanego i zatrzymujemy się w różnych miejscach stolicy Tatr. Jednym z miejsc dobrze znanych jezuitom jest gościnny dom Sióstr od Aniołów na końcu Drogi do Daniela. W tym roku spotkał się tam niejako trzon naszej grupy – Wojciech, Szczepan i ja. Nie chodzi jednak o nasze górskie wyprawy i klimaty, długie wędrówki czy temu podobne rzeczy. Osobiście mógłbym o nich pisać i opowiadać godzinami. Tym razem chcę opowiedzieć o spotkaniu z pewnym katechetą świeckim, którego poznałem właśnie w domu sióstr. To, co opowiedział o swojej pracy podczas pandemii, było dla mnie niesamowicie budujące i dało dużo do myślenia.

POLECAMY

Człowiek ten jest katechetą w szkole specjalnej. Opowiadał mi, że na samym początku pandemii, kiedy okazało się, że szkoły będą pozamykane na cztery spusty, zastanawiał się, jak poprowadzić katechezę dla swoich uczniów. Wiedział, że jego uczniowie nie będą w stanie poradzić sobie z wirtualnymi zajęciami. Nie chciał utracić z nimi kontaktu. Co takiego zrobił? Wsiadł do samochodu i jeździł do swoich uczniów do domu. I tam robił dla nich zajęcia.

Powiedział, że bardzo lubi swoją pracę i swoich uczniów. Dla mnie osobiście jest on przykładem katechety-pasjonaty, dla którego zajęcia z młodymi są czymś ważnym. Przypuszczam, po tym krótkim spotkaniu, że on naprawdę się stara, aby katecheza była katechezą, czyli możliwością rozwoju wiary w drugim człowieku.

Można sobie zadać pytanie, czy obecna forma katechezy, taka, jaką mamy w szkole, pomaga katechetom w indywidualnym podejściu do ucznia? Moim zdaniem i tak, i nie. 

Argumenty na TAK:
  • Praca w szkole daje możliwość spotkania się z młodymi ludźmi, których niekoniecznie można spotkać w każdą niedzielę w kościele. 
  • Na katechezie szkolnej może pojawić się nić dobrego i szczerego wzajemnego zaufania, które w dalszej perspektywie może katechetę i ucznia jeszcze bardziej na siebie otworzyć. 
  • Szkoła daje możliwość, aby młodych zaangażować w różne formy wolontariatu, np. w parafialne lub szkolne koła Caritasu.
  • Jest to też okazja do poznania wielu wspaniałych rodziców, którzy posyłając dzieci na katechezę, sami również prowadzą życie duchowe. Są oni wtedy bardzo dużym wsparciem dla nauczyciela. Cieszę się, że w swojej pracy katechetycznej spotkałem wiele takich osób.
Argumenty na NIE:
  • Katecheza w szkole coraz bardziej traktowana jest przez społeczeństwo jako kolejny przedmiot, obok matematyki, historii, języka polskiego, wychowania fizycznego, muzyki itd. Jednak czy wtedy rzeczywiście jest to katecheza, czy raczej zajęcia, które przypominają bardziej religioznawstwo niż konkretne rozwijanie wiary?
  • Myślenie opiekunów i rodziców, że w tym momencie przestają być odpowiedzialni za religijne wychowanie dziecka, bowiem syn lub córka ma od tego przecież katechetę. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że tak nie powinno być. Dalszą konsekwencją takiego myślenia jest to, że skoro katecheta wiele wymaga, daje sporo materiału, zadaje zadania domowe, ocenia uczniów, przy tym potrafi wystawić negatywną ocenę, to znaczy, że jest to ocena wiary ucznia. Serio. Spotkałem się kiedyś z takim zarzutem, że nie powinno się oceniać poniżej oceny dobrej, bo to jest ocena dotycząca wiary, a tej się przecież nie da ocenić. 
  • Katecheza w szkole nie ma przestrzeni sacrum, a trochę by się jej przydało, chociażby w momencie omawiania liturgii. 

Jednak aby nie wylać dziecka z kąpielą, chciałbym zaproponować kilka rozwiązań. Są to pomysły, które zebrałem od różnych katechetów, a niektóre z nich są z mojego doświadczenia.

#Słuchaj młodych – bez względu na wiek swoich uczniów, po prostu słuchaj tego, co mają do powiedzenia. Jakie możemy tutaj widzieć ryzyko? Widzę tylko jedno – nieprzeprowadzenie do końca danego tematu (tylko takie). Jakie mogą być korzyści? O wiele większe, przede wszystkim dla katechetów będzie to kolejna możliwość poznania ucznia, jego poglądów, sytuacji, w której się znajduje, jego problemów i wątpliwości oraz jego pozytywnych cech charakteru. A dla samego ucznia korzyścią będzie to, że ktoś go wysłuchał, że zajął się problemem, który go nurtuje.
#Polub swoich uczniów – o tym już wcześniej kiedyś pisałem. Dla mnie to podstawa.
#Módl się za nich, a zwłaszcza za tych, którzy są dla ciebie najbardziej niemili i denerwujący.
#Nie poddawaj się w momencie niepowodzeń. One czasami muszą się pojawić, aby dalej móc lepiej pracować.
#Zainteresuj się swoimi uczniami. Kiedyś jeden z moich starszych współbraci, który kilka lat temu skończył swoją przygodę z katechezą w szkole, podpowiedział mi, żebym starał się każdą przerwę spędzić z młodymi na korytarzu. Nie chodziło tylko i wyłącznie o dyżury, ale takie zwyczajne bycie poza pokojem nauczycielskim, czyli poza swoją przystanią spokoju, do której oprócz pracowników szkoły nikt nie ma dostępu. Wiem, że może trudno będzie to od siebie wyegzekwować – sam się tego nadal uczę – ale warto spróbować.
#Skrzynka modlitewna i modlitwa na długiej przerwie. W zależności od możliwości (przychylność dyrekcji i nauczycieli, odpowiednie miejsce itp.) spróbuj ze swoimi uczniami spotkać się w wolnej chwili na wspólnej modlitwie. Może to być jakaś część dłuższej przerwy czy czas przed twoimi zajęciami, aby w klimacie skupienia pomodlić się w intencjach przygotowanych przez uczniów.

* * *

Sądzę, że wielu z nas mogłoby do tej listy dopisać sporo swoich pomysłów i inicjatyw i dobrze byłoby, gdybyśmy mogli gdzieś wspólnie się tym podzielić. Wszystko skłania się ku temu, aby być dla swoich uczniów zwyczajnie dostępnym. 

Bardzo łatwo jest trzymać się następującego schematu działania: przychodzę do szkoły, trzymam się swojego planu, zajęcia mam od tej do tej godziny, przerwy spędzam w pokoju nauczycielskim, wychodzę (a właściwie wybiegam) z ostatnim dzwonkiem. Wtedy kontakt z uczniami odgranicza się do dwóch godzin katechezy tygodniowo i tyle. Kiedyś, wracając ze szkoły do domu, dołączyłem się do grupy moich uczniów, którzy spędzali trochę wolnego czasu, jeżdżąc na deskach. Zobaczyłem, że wszelkie możliwe schody i poręcze były przez nich oblegane. Opowiedzieli mi, że nie mają miejsca, gdzie mogliby wspólnie jeździć, bo ludzie co chwilę ich przeganiają.

Przypomina mi się również kartka, którą kiedyś widziałem w internecie, a na której było napisane: „Zakaz gry w piłkę na podwórku”. Zakażmy im się poruszać, wyskakać, wytańczyć, ale tak nie można – młodym trzeba dać miejsce, aby mogli się po prostu wyszaleć. Tydzień później na katechezie powiedziałem im, że napisałem w ich sprawie do Rady Dzielnicy i czekam na odpowiedź. Dla uczniów było to zadziwiające, że ktoś się nimi zainteresował. 

Inna możliwość to sport. W styczniu i lutym kilka razy udało mi się wyjść z moimi uczniami na łyżwy. I chociaż sam niezbyt dobrze na nich jeżdżę, to zawsze takie wyjścia były dobrą okazją do poznania się i do rozmów.

Warto rozejrzeć się wokół inicjatyw proponowanych przez Diecezjalnych Duszpasterzy Młodzieży. Często są to bardzo dobrze przygotowane akcje skierowane dla młodzieży. Jedną z nich jest chociażby Wieczór Modlitwy

Młodych, organizowany w Archidiecezji Gdańskiej, przez grupę młodych, pełnych zapału księży i sióstr zakonnych. Raz na miesiąc w konkretnym kościele na terenie Archidiecezji jest organizowane spotkanie modlitewne, na które przyjeżdża wielu młodych ludzi ze swoimi duszpasterzami. Jest to spotkanie bardzo dobrze przygotowane zarówno pod kątem merytorycznym, jak i technicznym i przede wszystkim bardzo mocno w przygotowanie każdego wieczoru zaangażowani są młodzi.

Mam przeświadczenie, że dla młodych trzeba mieć również sporo czasu. Nie można zamknąć się w czterech ścianach swojego mieszkania, plebanii czy celi zakonnej. W ogóle trudno tak jest prowadzić jakiekolwiek duszpasterstwo. 

Wróćmy na moment do kwestii związanej ze słuchaniem. Sądzę, że nie tylko dla młodzieży jest to kwestia bardzo ważna. Każdy z nas chce być przez kogoś wysłuchany. Gdy mamy przy sobie osobę, która potrafi wysłuchać w spokoju tego wszystkiego, co chcemy powiedzieć, to wtedy pojawia się w nas zaufanie do tej osoby. Co zatem warto praktykować w takiej rozmowie? Posłużę się tutaj sposobem rozmowy duchowej, który zazwyczaj jest stosowany podczas rekolekcji ignacjańskich, a który bardzo pomaga w nawiązaniu relacji, i przede wszystkim we wzajemnym słuchaniu. 

Rekolektant w trakcie indywidualnej rozmowy z kierownikiem duchowym po pierwsze ma możliwość konkretnego wypowiedzenia się. To nie kierownik duchowy rozpoczyna cały dialog (oczywiście może do niego zachęcić), ale to właśnie rekolektant po przyjściu zaczyna mówić. Kierownik w tym momencie słucha – i co ważne – nie komentuje wypowiedzi rozmówcy. Pozwala mu się wypowiedzieć do końca. Dopiero gdy zauważy, że druga osoba skończyła mówić, to wtedy przekazuje mu swoje spostrzeżenia i propozycje. Sądzę, że taki schemat rozmowy mógłby pojawić się podczas spotkania. Oczywiście na początku może to być trochę niezręczne, bo słysząc daną historię, mogę mieć chęć podpowiedzenia czegoś od razu. Czas słuchania może nam jednak podpowiedzieć kilka dobrych myśli, którymi będziemy mogli później się podzielić z naszym podopiecznym. Zobaczcie, że podobna taktyka bardzo często jest stosowana w sakramencie pokuty. Spowiednik nie daje od razu rozgrzeszenia i pokuty, tylko najpierw ze spokojem wysłuchuje grzechów penitenta. Co by było, gdyby działał odwrotnie? 

Jeżeli ktoś przychodzi do mnie po poradę, to powinienem na początku tę osobę wysłuchać, niejako wejść w jej sytuację, wczuć się w jej położenie. Dopiero wtedy mogę coś doradzić i zaproponować. 

Co może nam grozić w momencie takiego „słuchania”? Przede wszystkim nasza własna niecierpliwość. Już na samym początku rozmowy może pojawić się myśl, mówiąca: „Doskonale wiem, o co Ci chodzi”, „Mam na to idealne rozwiązanie”, „Powinieneś zrobić to”, „Zdaj się na to, co Ci mówię, a będzie dobrze”. Jednak czy o to właśnie chodzi? Czy mam dać gotowe rozwiązanie? Oczywiście, niekiedy jest taka potrzeba, ale warto poszukać jakiegoś wspólnego wyjścia.

W tym momencie chciałbym pokazać dwa typy spotkania z młodym człowiekiem. Wyobraźmy sobie taką sytuację: przychodzi do Ciebie, drogi katecheto, jeden z Twoich uczniów i prosi o rozmowę. Akurat jesteś po zajęciach, ale naprawdę spieszysz się do domu. Spotykacie się na korytarzu. Twój uczeń prosi o rozmowę. Zaczyna mówić o swoim problemie, czy jakiejś wątpliwości związanej z przeżywaną przez siebie wiarą… w sumie o czymkolwiek, co w danej chwili jego życia jest dla niego bardzo ważną rzeczą. Po pierwszych zdaniach aż się człowiek spina do tego, aby szybko tę rozmowę zakończyć jakąś dobrą radą. Przerywasz swojemu uczniowi, mówisz to, co masz to powiedzenia, żegnasz się i idziesz w swoją stronę, często zadowolony z tego, że udało Ci się komuś pomóc, i to w bardzo krótkim czasie. Jednak czy rzeczywiście pomogłeś? Powiedziałeś, co chciałeś powiedzieć, sądzisz, że jest to dobra rada, ale tak naprawdę za chwilę zapominasz o całej sytuacji, a twój uczeń może sobie pomyśleć, że nie miałeś dla niego czasu. Oczywiście coś doradziłeś, ale przede wszystkim nie wysłuchałeś. Ten człowiek nadal...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Katecheza"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Dostęp do filmów szkoleniowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy