Dołącz do czytelników
Brak wyników

O modlitwie, nawet tej najtrudniejszej

Artykuły | 24 stycznia 2020 | NR 1
39

Trudno jest studiować teologię bez codziennej modlitwy. Równie trudno jest mówić o Panu Bogu na katechezie bez sięgania do tekstów Pisma Świętego czy napisanych przez wielu wspaniałych ludzi Kościoła.

Niegdyś – gdy byłem studentem teologii na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie Collegium Bobolanum – jeden z moich współbraci powiedział mi, że teologię trzeba „studiować na kolanach”. Inny – kiedy przygotowywałem się do moich pierwszych katechez w szkole podstawowej – stwierdził, że „każdy katecheta powinien mieć własną biblioteczkę teologiczną”. W tych dwóch zdaniach kryje się prawda. Patrząc na swoją przeszłość uczniowską i udział w katechezie, muszę jednak przyznać, że jednymi z najlepszych katechetów, których miałem, byli ludzie, którzy dzielili się swoim żywym doświadczeniem relacji z Panem Bogiem. Aby dzielić się tym, co przynosi spotkanie z Bogiem, trzeba o to spotkanie zadbać.
Pod koniec minionego roku szkolnego na jednym z forów internetowych dla katechetów pojawił się wpis człowieka, który zapytał, co trzeba zrobić, aby móc uczyć religii w szkole. W toku wymienianych zdań i opinii wyszło, że brakuje mu przygotowania teologicznego. Część rozmówców starała się go przekonać, że bez odpowiednich studiów, kursu pedagogicznego i misji kanonicznej od biskupa, nie można katechizować. Oczywiście, że jest to prawda. Dobre przygotowanie teologiczne i pedagogiczne jest bowiem konieczne, aby później zgodnie z prawem pracować w szkole. Poza tym równie dobrze można by powiedzieć podobnie o kimś, kto bez studiów polonistycznych chciałby prowadzić zajęcia z języka polskiego – nawet gdyby miał ogromny zasób wiedzy, nie zostanie zatrudniony w szkole.
Aby jednak nie deprecjonować podejścia uczestnika rozmowy na forum, chciałbym zaznaczyć, że – oprócz dobrze przepracowanego czasu studiów teologicznych i kursów pedagogicznych – bez osobistego spotkania z Bogiem podchodzenie do katechezy nie ma sensu. Równie dobrze można by mówić o wierzeniach hinduskich. Zakładam, że człowiek pracujący w szkole czy przy parafii jako ­katecheta bierze na poważnie również, a nawet przede wszystkim, osobistą relację z Panem Bogiem. To ona jest tutaj podstawą. Oczywiście nie można rezygnować z gruntownego przygotowania, jakim są studia.
Przypomina mi się kolejne zdanie jednego z moich współbraci, który powiedział, że młodzi obecnie nie potrzebują nauczycieli religii. Z tym jestem w stanie się zgodzić, chociaż brzmi to być może bardzo kontrowersyjnie. Dodał jednak, że młodzi potrzebują obecnie świadków wiary. I tu jest sedno całej katechezy.
Można być człowiekiem, który jest bardzo wytrawnym teologiem, który na katechezie będzie z pamięci cytował Sumę teologiczną św. Tomasza z Akwinu, doskonale będzie przytaczał fragmenty różnych dokumentów Kościoła, ale nie będzie do końca autentyczny bez codziennego stanięcia przed Panem Bogiem na modlitwie. Mam wrażenie, że młodzi są w stanie rozróżnić w jakiś sposób ludzi tylko uczących o Bogu od tych, którzy nim żyją (to takie moje prywatne spostrzeżenie). Dlatego osobisty duchowy rozwój katechety jest niezwykle potrzebny jego uczniom.
W lipcu ubiegłego roku miałem przyjemność uczestniczenia w Akademii Profesjonalnego Katechety – bardzo dobrym szkoleniu prowadzonym przez Stowarzyszenie Pedagogów „Natan”. Jest to szkolenie, które z roku na rok cieszy się coraz większym zainteresowaniem katechetów. Tegoroczna edycja była dla mnie czasem bogatym nie tylko pod kątem metodologii katechezy, ale przede wszystkim było to wspaniałe doświadczenie duchowe. Jednym z postulatów, który w uwagach pojawił się w ubiegłym roku, pod koniec szkolenia, było wprowadzenie w planie dnia adoracji Najświętszego Sakramentu. Pokazało to prowadzącym Akademię, ale także samym jej uczestnikom, głęboką potrzebę spotkania się z Bogiem w tym czasie. Cieszy mnie to, że propozycja ta została uwzględniona w planie tegorocznej Akademii. Obok warsztatów było sporo czasu na modlitwę – tę wspólną podczas mszy świętej i porannej jutrzni – lecz również na osobistą. Większość uczestników, a przypuszczam, że wszyscy obecni na szkoleniu, adorowali Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie. Warto zadać sobie pytanie, czy w ciągu roku szkolnego znajduję chociaż odrobinę czasu na adorację Najświętszego Sakramentu?

Wielość inicjatyw

Pierwszym naszym duchowym formatorem jest Jezus. Ten sam, o którym mówimy naszym uczniom na katechezie. Co się może z nami stać, gdy zaniedbamy własną modlitwę? Spróbujmy odpowiedzieć sobie na to pytanie. Ale zanim to nastąpi, chciałbym wskazać pewnego rodzaju ryzyko związane z naszą codzienną pracą z dziećmi i młodzieżą. Jest to ryzyko, które na potrzeby tego artykułu nazwę „wielością inicjatyw”. Co przez to rozumiem? Przede wszystkim jest to mnogość różnych własnych form zaangażowania w pracy z młodymi kosztem czasu na modlitwę i odpoczynek. Bardzo jest to widoczne w wypadku księży katechetów oraz sióstr zakonnych. Może ono wynikać chociażby z tego, że bardzo chcemy przybliżyć naszych uczniów do Chrystusa. Jest również mnóstwo pracy dodatkowej w szkole (cała papierologia, szkolenia, rady, czas przeznaczony na przygotowanie katechezy i wiele innych). W dodatku angażujemy się niejednokrotnie w grupy parafialne, katechezę w parafii, przygotowanie do sakramentów. Wszystko to jest dobre i potrzebne. Jednak trudno jest mówić np. o dobrym przygotowaniu młodych do sakramentów, gdy sami jesteśmy daleko od codziennej modlitwy. Konsekwencją bardzo wielkiego zaangażowania może być brak czasu na swoją modlitwę.
Przypuśćmy, że codzienny plan katechety wygląda następująco: rano wyjście do szkoły i katecheza przez pięć, sześć godzin (jeżeli ktoś ma cały etat lub więcej, to ma pięć dni pracy w szkole pod rząd), później powrót do domu, przygotowanie obiadu, zabranie się do sprawdzania zeszytów, ćwiczeń, przygotowanie katechezy na następny dzień, pod wieczór spotkanie z młodymi w ramach katechezy przed bierzmowaniem, spotkania, różnego rodzaju osobiste sprawy do załatwienia i wieczorem jedyne, co chce się zrobić, to położyć się i zasnąć. Księża mają ponadto obowiązki w kancelarii, odwiedzanie chorych, spowiedzi i msze święte. To wszystko jest dobre. To wszystko jest potrzebne! Ale również niesamowicie potrzebne jest zatrzymanie się na chwilę na czas osobistej modlitwy.

Co daje modlitwa katechecie?

Każdy katecheta doskonale wie, co daje mu modlitwa. Postaram się opowiedzieć o tym, jaka jest moja modlitwa i jakie są jej efekty (w języku teologicznym – owoce). Modlitwa to, jak mówimy naszym uczniom, spotkanie z Jezusem. Spotkanie najważniejsze – o tym nie można zapomnieć. Pamiętam takie momenty w mojej pracy katechetycznej, które były dla mnie niezwykle trudne. Trudno mi przychodziło modlić się za ucznia, który sprawiał problemy. Gdy już jednak w modlitwie opowiedziałem o nim Bogu, to z czasem stawała się ona przyjemniejsza, a katecheza z tym uczniem również zaczęła nabierać tempa. Ale nie o przyjemność przecież chodzi w modlitwie. Czasami potrzeba, aby modlitwa po prostu była trudna. Wielokrotnie modląc się, miałem przeświadczenie, że jest bardzo źle, że czegoś nie potrafię rozwiązać, zrozumieć któregoś z moich uczniów czy w jakiś dobry sposób dotrzeć do niego. Efektem takich modlitw było inne spojrzenie na ucznia. Jakby Pan Bóg podpowiadał, abym nie koncentrował się na jakichś złych reakcjach podopiecznego, tylko spróbował z nim po prostu zwyczajnie porozmawiać, a przede wszystkim znaleźć jego czy jej pozytywne cechy.
Inna sprawa związana z modlitwą – zmęczenie. Nie może być tak, że z powodu zmęczenia mówię sobie, że dzisiaj odpuszczę modlitwę. Jeżeli nie wiesz, jak w stanie zmęczenia modlić się, po prostu spróbuj p...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Katecheza"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Dostęp do filmów szkoleniowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy