Dołącz do czytelników
Brak wyników

Temat numeru

25 stycznia 2021

NR 7 (Styczeń 2021)

O miłosierdziu Boga w katechezie

0 134

Zadaniem katechety jest pomaganie wychowankom w przyjmowaniu i okazywaniu miłosiernej miłości oraz w odróżnianiu Bożego miłosierdzia od naiwności, litości czy od pobłażania złu.

Wszyscy potrzebujemy miłosierdzia

Dzięki katechezie uczniowie powinni coraz lepiej rozumieć miłość Boga do człowieka i poznawać podstawowe prawdy o człowieku. Jedną z tych prawd jest fakt, że po grzechu pierworodnym każdy z nas potrzebuje miłosierdzia – od Boga i od ludzi. W jakimś bowiem stopniu wszyscy jesteśmy niemiłosierni. Pierwszą formą braku miłosierdzia jest to, że nie kochamy czy że kochamy za mało. Życie poza miłością staje się nieznośnym ciężarem. Dzieci i młodzież doświadczają tego jeszcze bardziej boleśnie niż my, dorośli. Inne, jeszcze bardziej drastyczne formy braku miłosierdzia mają miejsce wtedy, gdy krzywdzi czy wręcz dręczy nas ktoś, kto powinien nas chronić i wspierać. Małżonek czy rodzic, który nie kocha, staje się niemiłosierny wobec swoich bliskich. Bywa i tak, że ktoś staje się niemiłosierny dla samego siebie. Dzieje się tak wtedy, gdy nastolatek czy dorosły wchodzi w uzależnienia, chowa się przed Bogiem, staje się niewolnikiem grzechu, wchodzi na drogę przekleństwa i śmierci, przez co doprowadza siebie do depresji, rozpaczy czy stanów samobójczych. Niemiłosierni wobec samych siebie jesteśmy także wtedy, gdy naiwnie „poświęcamy się” komuś, kto nas nie kocha, lecz dręczy. Taka sytuacja ma miejsce na przykład wtedy, gdy jakaś dziewczyna trwa przy chłopaku, który brutalnie ją krzywdzi, zamiast się nawracać.

POLECAMY

Miłosierdzie to nie naiwność wobec krzywdziciela

Jedynie wtedy katechizowani są w stanie owocnie korzystać z miłosierdzia od Boga i ludzi, kiedy już wiedzą, na czym ono polega. To dlatego w czasie katechezy uczniowie powinni najpierw dowiedzieć się, czym miłosierdzie nie jest. Pierwszy błąd to mylenie miłosierdzia z naiwnością. Przykładem jest sytuacja, w której demoralizujący rówieśników uczeń otrzymuje od naiwnie „miłosiernych” nauczycieli kolejną „szansę”, mimo że nie zmienia swojego zachowania. W takiej sytuacji nauczyciele stają się niemiłosierni wobec uczniów, których on krzywdzi. Mamy wtedy do czynienia z tak zwanym wychowaniem bezstresowym w szkole. W praktyce polega ono na tym, że jedynymi niezestresowanymi są ci, którzy stresują wszystkich innych. Miłosierny Jezus stawał zawsze po stronie krzywdzonych, a nie krzywdzicieli. Najpierw bronił cierpiących, a dopiero potem zajmował się nawracaniem tych, którzy zadawali cierpienie. Mylenie miłosierdzia z naiwnością czy z pobłażaniem złu to podwójny przejaw braku miłosierdzia. Po pierwsze, jest to niemiłosierna postawa wobec krzywdziciela, gdyż poprzez naszą naiwność ułatwiamy mu trwanie na drodze zła. Po drugie, jest to niemiłosierna postawa wobec osób krzywdzonych, gdyż na skutek naszej pobłażliwości nadal niewinne osoby są krzywdzone. 

Miłosierdzie to nie tolerancja dla zła

Nie tylko naiwność jest zaprzeczeniem miłosierdzia. Niemiłosierni są również ci, którzy mylą miłosierdzie z tolerancją. Coraz częściej słyszymy od polityków, dziennikarzy, celebrytów, a czasem od bliskich nam osób, że być miłosiernym to być kimś tolerancyjnym. Takie przekonanie zakłada, że każdy sposób postępowania jest podobnie dobry. Mylenie miłosierdzia z tolerancją prowadzi do sytuacji, w której człowiek może czynić dowolne zło, a my nie mamy prawa go upomnieć. Kto ulega takiej pomyłce, ten tworzy krzywdzicielom komfort błądzenia, a ludziom przez nich krzywdzonym odbiera prawo do obrony. Tolerancja byłaby przejawem szacunku i miłosierdzia jedynie wtedy, gdyby człowiek nigdy nie krzywdził ani siebie, ani innych ludzi. Tak będzie w niebie. Tam będziemy mogli tolerować każde zachowanie bliźnich, gdyż wszyscy będą wyłącznie kochać. Kto stawia tolerancję w miejsce miłosierdzia, ten zrównuje ludzi szlachetnych z przestępcami, bo każe odnosić się do jednych i drugich w jednakowy sposób. Tymczasem ludzi szlachetnych Jezus wspierał, a nie tolerował, a tych, którzy błądzili, upominał, a nie tolerował czy akceptował. Upominanie z miłością błądzących to przejaw miłosierdzia, gdyż trud upominania potwierdza, że los błądzącego człowieka nie jest nam obojętny. Żaden kochający i miłosierny rodzic nie będzie tolerował na przykład tego, że jego nastoletni syn sięga po alkohol czy że jego dorastająca córka wiąże się z mężczyzną, który jest zdemoralizowany czy uzależniony.

Mylenie miłosierdzia z akceptacją jest błędem nie tylko w odniesieniu do tych, którzy przeżywają poważny kryzys, lecz także w odniesieniu do osób szlachetnych. Nikt z nas nie jest przecież stworzony na swój własny obraz i podobieństwo, żeby „być sobą”, lecz na obraz i podobieństwo Boga, żeby stawać się coraz mniej podobnym do siebie, a coraz bardziej podobnym do Chrystusa. 

Nie myl miłosierdzia z akceptacją!

Katechizowani powinni pomagać uczniom odróżniać miłosierdzie nie tylko od naiwności i tolerancji, lecz także od akceptacji. Nikt roztropny nie powie do egoisty, złodzieja czy kłamcy, że akceptuje tę osobę taką, jaką ona jest i że ta osoba powinna „pozostać sobą”. Mylenie miłosierdzia z akceptacją jest błędem nie tylko w odniesieniu do tych, którzy przeżywają poważny kryzys, lecz także w odniesieniu do osób szlachetnych. Nikt z nas nie jest przecież stworzony na swój własny obraz i podobieństwo, żeby „być sobą”, lecz na obraz i podobieństwo Boga, żeby stawać się coraz mniej podobnym do siebie, a coraz bardziej podobnym do Chrystusa. To właśnie dlatego Jezus nie mówi, byśmy akceptowali siebie czy byli „sobą”, lecz byśmy naśladowali Jego i Jego miłość. Prawdę tę doskonale zrozumiał Jan Chrzciciel, gdy mówi: Trzeba, aby On wzrastał, ja natomiast abym się umniejszał (J 3, 30). W żadnej fazie rozwoju nie jesteśmy tak bardzo podobni do Jezusa, żebyśmy nie mogli się stawać jeszcze bardziej podobnymi do Niego. Miłosierni są jedynie ci, którzy mobilizują samych siebie i innych ludzi do czujności, nawrócenia i nieustannego rozwoju. Gdy ktoś z katechizowanych mówi nam, że jego największym problemem jest brak akceptowania siebie, to jesteśmy miłosierni wtedy, gdy wyjaśniamy, iż nie tu tkwi problem. Jezus pragnie, byśmy pokochali siebie, a nie byśmy siebie ledwo akceptowali. Kto kocha siebie, ten mobilizuje siebie do pracy nad własnym charakterem, a kto akceptuje siebie, ten blokuje swój rozwój i będzie sobą coraz bardziej rozgoryczony. Akceptować możemy cenę za towar czy trasę wycieczki, natomiast ludzi powinniśmy kochać, a o ich zachowaniach mówić im prawdę. W przeciwnym przypadku stajemy się wobec nich niemiłosierni, bo obojętni na ich los.    

Miłosierdzie to miłość i mądrość

Trzeba wyjaśniać katechizowanym, że miłosierdzie to nie jakaś „dodatkowa” cecha Boga, lecz przejaw Jego miłości do nas, grzesznych ludzi, którzy w naszej słabości bywamy niemiłosierni dla bliźnich, dla samych siebie, a nawet dla samego Boga. To przecież Boga skrzywdziliśmy najbardziej niemiłosiernie wtedy, gdy skazaliśmy Go na śmierć krzyżową, zarezerwowaną dla największych bandytów. Miłosierdzie to miłość, a niemiłosierdzie to brak miłości albo mylenie miłości z jakąś jej namiastką czy karykaturą. Miłosierna miłość oznacza, że Bóg potrafi kochać nie tylko aniołów czy ludzi świętych, lecz także tych, którzy się bardzo zagubili, jak syn marnotrawny. Bycie miłosiernym na wzór Boga wymaga od nas nie tylko dobroci, ale też mądrości.

Jedynie Bóg zawsze mądrze łączy dobroć, cierpliwość i łagodność ze sprawiedliwością, stawianiem twardych wymagań i upominaniem błądzących. To On jest nieomylnym wzorem miłości miłosiernej. 

Na co dzień miłosierdzia potrzebujemy zwłaszcza w relacjach z najbliższymi osobami – z małżonkiem, rodzicami czy rodzeństwem, gdyż w kontakcie z tymi, którzy są najbliżej nas i z którymi łączą nas najsilniejsze więzi, nawet drobne błędy i słabości bardzo ranią. Miłosierdzia od Boga i ludzi potrzebujemy w każdej fazie istnienia. W dzieciństwie potrzebujemy miłosierdzia rodziców w postaci ich ofiarności i cierpliwości, a także w postaci czułej, empatycznej, serdecznej troski. Przejawem miłosiernej miłości rodziców do dzieci jest także solidne, katolickie wychowanie, bez którego młodzi ludzie nie poradzą sobie w dorosłym życiu. Gdy syn czy córka wchodzą w okres dorastania, potrzebują nowych form miłosiernej miłości rodziców i innych wychowawców. Czasem nastolatki postępują w oparciu o metodę prób i błędów, zamiast słuchać Boga i kierować się Dekalogiem. W konsekwencji krzywdzą siebie lub wiążą się ze zdemoralizowanymi rówieśnikami albo z przewrotnymi dorosłymi.

Czasem – jak marnotrawny syn – oddalają się od Boga, odchodzą od rodziców, rezygnują ze swoich własnych ideałów, marnotrawią człowieczeństwo – swoją mądrość, wolność, czystość, powołanie do świętości. Niektórzy nie wierzą już w to, że są kochani; że Bóg i ludzie przebaczą im popełnione zło, jeśli tylko się nawrócą. 

Cechy miłości miłosiernej

Od czasów Adama i Ewy wszyscy – poza Maryją – jesteśmy grzesznikami. Wszyscy oddalamy się od Boga i szczęścia. Wszyscy w jakimś stopniu kogoś krzywdzimy i jesteśmy przez kogoś krzywdzeni. To dlatego wszyscy potrzebujemy miłosiernej miłości. Taka miłość oznacza, że Bóg kocha ciebie i mnie miłością bezwarunkową, czyli bez żadnej naszej zasługi. Kocha nas za nic! Bóg kocha nas miłosiernie, czyli także wtedy, gdy oddalamy się od Niego i gdy łamiemy Jego przykazania. Miłosierny Bóg kocha nas nie tylko bezwarunkowo, ale też nieodwołalnie. Narzeczeni ślubują sobie miłość aż do śmierci doczesnej, a Stwórca kocha nas bez końca, na wieki. Jeśliby nawet ktoś z ludzi odłączył się od Boga na wieki i skazał siebie na piekło, to i wtedy nie przestanie być kochany przez miłosiernego Boga. Stwórca okazuje nam miłosierdzie również przez to, że kocha nas z bliska, czyli z tej śmiertelnie dla Niego niebezpiecznej Ziemi, którą po grzechu pierworodnym zamieniliśmy po części w dolinę ciemności i padół łez. Miłosierny Bóg wie, że im bliżej nas jest ten, kto kocha, tym bardziej nas wspiera i chroni. On kocha nas za każdą cenę – dosłownie nad życie. Kocha nas aż tak miłosiernie, że twój i mój los jest dla Niego ważniejszy niż Jego własny los. Pozwoli się potraktować jak złoczyńca i przybić do krzyża, bylebyśmy byli pewni, że On nigdy nie przestanie nas kochać. Nawet wtedy, gdy my przestaniemy kochać samych siebie czy gdy wyrzucimy Go z naszego życia.

Miłosierdzie to dar i zadanie

Trzeba tłumaczyć katechizowanym, że gdybyśmy wiedzieli jedynie to, że miłosierny Bóg kocha nas za nic, na zawsze, z bliska i za każdą cenę, to moglibyśmy pomyśleć, że Stwórca jest naiwny, że nas rozpieszcza i że skoro aż tak bardzo kocha, to musi nas cudownie ratować – bez naszego wysiłku, a nawet wbrew nam samym. Gdyby Bóg ratował nas bez naszej współpracy i naszego wysiłku czy wręcz wbrew naszym decyzjom i naszemu sposobowi postępowania, to byłby dla nas niemiłosierny. Tak „kochający” Bóg odbierałby nam motywację do pracy nad sobą, do pokonywania naszych słabości, do uczenia się miłości, do stawiania sobie wysokich wymagań, do nawrócenia i naśladowania Jego Syna. Miłosierny Bóg nie jest podobny do naiwnych rodziców, którzy rozpieszczają swoje dzieci i nie wyma...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Katecheza"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Dostęp do filmów szkoleniowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy