Dołącz do czytelników
Brak wyników

Temat numeru

15 lutego 2022

NR 13 (Styczeń 2022)

O lęku…

0 69

Jezus zaprasza do siebie nie tylko ludzi utrudzonych i wyczerpanych ciężarami codziennego życia. On zaprasza do siebie także wszystkich zalęknionych, przerażonych i udręczonych. Bóg nie wymaga od nas stoickiego spokoju, lecz dziecięcego zaufania oraz pewności, że nie opuści nas w obliczu niepokoju czy lęku. To On przynosi nam pokój i poczucie bezpieczeństwa.

Lęk znakiem czasu

Nie tylko katecheci, lecz także rodzice i inni wychowawcy zauważają coraz wyższy poziom niepokoju i lęku nie tylko u wielu dorosłych, lecz także u znacznej części dzieci i młodzieży. Żyjemy w epoce, w której tabletki uspokajające stają się artykułami pierwszej potrzeby. Rośnie liczba osób dorosłych i niepełnoletnich, które sięgają po substancje psychotropowe (np. alkohol, narkotyki, dopalacze) czy oddają się natrętnym czynnościom nałogowym (np. hazardowi, oglądaniu pornografii czy wielogodzinnemu korzystaniu z urządzeń elektronicznych), gdyż tego typu substancje i czynności pozwalają choćby na chwilę zapomnieć o tym, co nas niepokoi, przeraża czy wręcz dręczy. Nie jest to zjawisko przypadkowe. Jest ono najczęściej konsekwencją coraz trudniejszych i coraz bardziej stresujących sytuacji życiowych. Chodzi tu zwłaszcza o sytuacje, w których ktoś nas krzywdzi, zamiast kochać, czy w których my krzywdzimy samych siebie, zamiast iść drogą błogosławieństwa i radości. Biblijnymi symbolami takich sytuacji mogą być Józef, syn patriarchy Jakuba, sprzedany do niewoli przez własnych braci oraz syn marnotrawny, który sam siebie doprowadził do rozpaczliwej sytuacji.

POLECAMY

Psychiczny „termometr”

Wszystko, co się dzieje w nas i wokół nas, a jest dla nas ważne, znajduje odzwierciedlenie w na­szych emocjach i przeżyciach. Gdy ktoś okazuje nam życzliwość czy gdy postępujemy zgodnie z na­szymi aspiracjami, wtedy odczuwamy wdzięczność, radość, wzruszenie, pogodę ducha. Gdy natomiast ktoś nas krzywdzi czy gdy sami siebie krzywdzimy, to zaczynamy cierpieć. W takich sytuacjach przeżywamy niepokój, żal, rozgoryczenie. Gdy krzywdy są poważne, pojawia się w nas lęk, przerażenie, a czasem rozpacz. Nasze emocje i przeżycia są bowiem rodzajem psychicznego „termometru”, który informuje nas o tym, w jaki sposób postępujemy, jak odnoszą się do nas inni ludzie i jak wygląda cała nasza sytuacja życiowa.
Trzeba tłumaczyć wychowankom, że wszystkie przeżycia są pozytywne właśnie dlatego, że informują nas o tym, w jakim znajdujemy się położeniu tu i teraz. A być poinformowanym o własnej sytuacji życiowej to przecież coś cennego. Gdy dominuje w nas radość i poczucie bezpieczeństwa, to emocje nam mówią, że jesteśmy w dobrym położeniu egzystencjalnym. Gdy pojawiają się pierwsze niepokoje, zmartwienia, stresy, to sygnał, że warto coś zmodyfikować w naszym postępowaniu czy w naszych relacjach z innymi ludźmi. Gdy zaczyna dominować lęk, przerażenie czy rozpacz, to emocje wręcz krzyczą, że powinniśmy radykalnie coś zmienić w naszym życiu, gdy w obecnej wersji staje się ono nieznośne. Sygnały emocjonalne są cenne, gdyż nie tylko informują nas o naszym aktualnym położeniu, lecz także mobilizują nas do tego, by z tych informacji skorzystać. Na przykład silny żal i niepokój odczuwany w zetknięciu z osobą, która nas krzywdzi, skuteczniej mobilizuje nas do obrony przed nią niż wiedza o jej wrogiej wobec nas postawie.
Warto wyjaśniać katechizowanym, jaka jest różnica między lękiem a strachem. W psychologii rozróżnia się te dwa pojęcia. Ze strachem mamy do czynienia wtedy, gdy przeżywamy niepokój czy trwogę w obliczu rzeczywistego zagrożenia. Jeśli jakiś przestępca przykłada nóż do gardła komuś z naszych bliskich, to mamy prawo poczuć wręcz paraliżujący strach. Z kolei lęk ma miejsce wtedy, gdy tu i teraz nic nam nie grozi, a mimo to czujemy skrajnie silny, dręczący niepokój. Jeśli stany lękowe stale nam towarzyszą i to niezależnie od tego, co dzieje się tu i teraz, to zwykle mamy do czynienia z poważnymi trudnościami czy zaburzeniami psychicznych. W takiej sytuacji nasz emocjonalny „termometr” uległ zepsuciu, gdyż ciągle sygnalizuje, że jesteśmy zagrożeni. Również wtedy, gdy w rzeczywistości jesteśmy otoczeni przez życzliwych ludzi i gdy nie grozi nam żadne poważne zło.

Lęk przed złem i lęk przed… dobrem

Zwykle sądzimy, że lęk można odczuwać jedynie przez czymś złym, czyli przed czymś, czego nie chcemy, czego się obawiamy czy co nas przeraża. To oczywiste, że czujemy lęk na myśl, że ktoś może nas poważnie skrzywdzić, że nie poradzimy sobie w szkole czy w pracy zawodowej, że nagle umrze ktoś, kogo bardzo kochamy, że popadniemy w biedę, że ciężko zachorujemy, że ulegniemy naszym słabościom, że poważnie zgrzeszymy, że popadniemy w uzależnienia, że oddalimy się od Boga, że ulegniemy rozpaczy. Rzadziej zdajemy sobie sprawę z tego, że czasami odczuwamy lęk przed czymś, co jest… dobre! Niektórzy lękają się wyjść z samotności. Inni lękają się upominać błądzących czy bronić się przed krzywdzicielami, czyli boją się mądrze kochać. Są tacy, którzy lękają się własnych aspiracji o dorastaniu do świętości. Jeszcze inni odczuwają lęk przed podjęciem decyzji o zawarciu małżeństwa i to także wtedy, gdy w ich przypadku nie ma żadnych uzasadnionych przeciwwskazań. Są tacy, którzy boją się stawiać wymagania swoim dzieciom. Niektórzy odczuwają lęk przed okazywaniem bliskim wdzięczności i czułości. Niektórzy lękają się zawierzyć siebie Bogu i słuchać Go we wszystkim. Boją się, że może jednak nie pójdą wtedy drogą błogosławieństwa i radości.

Obawy o teraźniejszość i lęk o przyszłość

Każdy z nas w jakimś stopniu niepokoi się o to, co przyniesie nam dzisiejszy dzień czy co wydarzy się jutro. Jedna z bardzo szlachetnych kobiet powiedziała mi, że nie ma takiej chwili w ciągu dnia, w której nie myślałby z troską o losie swoich trzech córek. Trzeba tłumaczyć katechizowanym, że niepokojenie się o teraźniejszość czy o przyszłość to nie przejaw braku zaufania do Boga. To przejaw realizmu, gdyż po grzechu pierworodnym i po grzechach kolejnych pokoleń zamieniliśmy naszą planetę po części w dolinę ciemności i w padół łez. W tej sytuacji każdy, kto jest realistą i kto kocha, martwi się o własny los i o los swoich bliskich. Bóg to świetnie rozumie. On osobiście przyszedł do nas w ludzkiej naturze po to, żeby pomagać nam postępować w taki sposób, jaki uwalnia od lęku, bo prowadzi do życia w radości i wolności dzieci Bożych. 
Bóg nie chce, żebyśmy zamartwiali się na zapas, bo wystarczy dźwiganie trosk, które niesie dany dzień. Bóg nie oczekuje natomiast, że będziemy niewzruszeni emocjonalnie. Zaufanie do Boga nie wyklucza przeżywania niepokoju i lęku. To nieunikniony efekt naszej wrażliwości psychicznej. Problemem moralnym byłoby wątpienie w miłość i pomoc Boga. Jednak także ci, którzy są pewni tego, że Bóg nas kocha i wspiera w czynieniu dobra, wiedzą, że ludzie, którzy nie słuchają Boga, mogą nas boleśnie skrzywdzić, a tego mamy prawo się obawiać za każdym razem, gdy pojawia się takie zagrożenie. Jezus chce, byśmy nie lękali się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Mamy natomiast prawo do niepokoju i lęku wtedy, gdy ulegamy naszym własnym słabościom czy gdy wchodzimy na drogę zła. Taka postawa może nam odebrać radość doczesną i wieczną. Jezus wyjaśnia, że błogosławieni są ci, którzy płaczą, smucą się albo cierpią z powodu prześladowań. Tacy ludzie są Boży i błogosławieni, bo ich cierpienia i smutki są spowodowane tym, że ktoś czyni zło, podczas gdy oni trwają w prawdzie, miłości i sprawiedliwości (por. Mt 5, 1–12).

Zadręczanie się przeszłością 

Sporo osób, także wśród nastolatków, przeżywa niepokój, a czasem wręcz udrękę z powodu bolesnej przeszłości. Niektóre osoby boli to, że zostały poważnie skrzywdzone. Ten ból trwa nieraz całymi latami, a zaczyna się już w dzieciństwie. Taka sytuacja może prowadzić do lęków i rozpaczy, jeśli krzywdziciel nie nawrócił się, lecz nadal krzywdzi, a jego ofiara czuje się bezsilna i niezdolna do obrony. Lęk i trwoga spowodowane taką sytuacją nie są w najmniejszym stopniu winą człowieka krzywdzonego. Jest natomiast znakiem, że ta osoba potrzebuje szczególnie silnej więzi z Bogiem i wsparcia ze strony ludzi, którzy kochają na podobieństwo Jezusa, gdyż tylko tacy ludzie potrafią pomóc krzywdzonej osobie, by skutecznie broniła się przed krzywdzicielem, nie przestając go kochać i nie odpowiadając złem na zło.
Drugi powód zadręczania siebie ze względu na bolesną przeszłość ma miejsce wtedy, gdy ta przeszłość boli kogoś z jego własnej winy, np. dlatego, że nie słuchał Boga, że dopuścił się grzechów ciężkich, że krzywdził innych ludzi i samego siebie, że popadł w uzależnienia, a teraz ponosi bolesne tego kon­sekwencje. Takiemu człowiekowi trzeba wyjaśniać, że Bóg nie chce, byśmy siebie zadręczali, lecz byśmy się nawracali i odzyskiwali radość. Wyrzuty sumienia i poczucie winy są po to, żeby się mobilizować do pracy nad sobą i do miłości, a nie po to, żeby siebie nienawidzić, sobą gardzić czy siebie przekreślać. Kto się nawraca, ten ma prawo przebaczyć sobie najgorszą nawet przeszłość. Takiej postawy uczy nas miłosierny ojciec z przypowieści Jezusa. Gdy syn marnotrawny nawraca się, to ojciec nawet słowem nie wypomina mu przeszłości, lecz natychmiast urządza radosne święto ocalenia. Bóg jest miłosierny, delikatny i subtelny. On nigdy nie wypomni nam naszej złej przeszłości, lecz zawsze będzie nam pomagać szlachetnie i radośnie żyć w teraźniejszości. 

Lęk o zbawienie

Gdy przyczyną naszych lęków jest nasza zła, bo grzeszna, przeszłość i gdy te lęki stają się coraz bardziej natrętne, gdyż nadal się nie nawracamy, to wtedy może pojawić się dręczący lęk, że nie mamy już szans na zbawienie i że jesteśmy już nieodwołalnie skazani na wieczne potępienie. Taki lęk staje się paraliżujący i natrętny wtedy, gdy człowiek błądzący ma fałszywe wyobrażenia na temat Boga. Kto błądzi, ten stwarza sobie w swojej wyobraźni „boga”, który „usprawiedliwia”, a nawet wzmaga lęk o zbawienie. Zwykle błądzący człowiek wyobraża sobie Boga jako okrutnego policjanta czy jako okrutnego sędziego, który chce nas karać natychmiast i srogo. Dzieciom, młodzieży i dorosłym zatrwożonym taką wypaczoną wizją Boga trzeba tłumaczyć, że w rzeczywistości Bóg działa dokładnie odwrotnie. On jest wiernym przyjacielem, który szuka zagubionych, żeby opatrywać ich rany i żeby ich ocalić. Bóg ratuje, a nie potępia. On rozumie nas i wszystkie uwarunkowania, jakie wpływają na nasze postępowanie. On widzi naszą dobrą wolę, nasze wysiłki, gdy pokonujemy w sobie zło i nasze cierpienie, gdy jeszcze czy znowu nie dajemy rady stać się silniejszymi od naszych słabości. Patrząc na nasze czyny, Stwórca uwzględnia nasz stopień świadomości i wolności, naszą niepowtarzalną historię, a także wysiłek, jaki podejmujemy, żeby się nawracać. Bóg nie ocenia naszych dawnych czynów obecnym stanem sumienia, jeśli w międzyczasie nasza świadomość i wrażliwość moralna stała się większa. Nasze lęki o wieczny los wycisza najbardziej świadomość tego, że Bogu zależy na naszym zbawieniu nieskończenie bardziej niż nam, bo On kocha nas nieskończenie bardziej niż my potrafimy kochać samych siebie.

Obwinianie siebie za winy innych

Wiele osób – także dzieci i nastolatków – zadręcza siebie z powodu zła, za które nie ponoszą żadnej winy. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy są krzywdzone przez kogoś bliskiego: przez rodzica, małżonka, brata, siostrę, syna czy córkę. Ci, którzy są wrażliwi i którzy kochają, wolą w tak traumatycznej sytuacji zrzucić winę na siebie niż uznać, że ktoś z ich bliskich stał się dręczycielem. Ci, którzy krzywdzą, dążą zwykle do tego, żeby odpowiedzialnością za ich złe czyny obarczyć swoje ofiary. Czasem z diabelską przewrotnością zamieniają poczucie winy w poczucie krzywdy. Z kolei ich ofiary mają skłonność odwrotną: wolą chronić krzywdziciela własnym kosztem. Dotyczy to szczególnie dziewcząt i kobiet. Gdy córkę dręczy jej własny ojciec, to ona woli uwierzyć w to, że jest to jej wina, a nie w to, że jej ojciec stał się okrutnym człowiekiem. Krzywdzona córka wmawia sobie, że widocznie tata chciał syna, a nie córkę, albo że ona nie jest wystarczająco dobra, grzeczna, ładna czy kochająca. Kto zadręcza siebie winami, których nie ma, ten znajduje się w wyjątkowo trudnej sytuacji. Przecież nawet wtedy, gdy taka osoba stanie się chodzącą miłością i szlachetnością, będzie nadal cierpieć i to tak długo, jak długo jej krzywdziciel się nie nawraca. Nastolatkom i dorosłym, którzy cierpią z powodu nie swoich win, trzeba tłumaczyć, że są oni odpowiedzialni jedynie za swoje zachowanie, ale nie są w żadnym stopniu odpowiedzialni za postępowanie innych ludzi. Podobnie trzeba wyjaśniać, że jeśli ktoś przeżywa depresję, natarczywe lęki czy natrętne skrupuły, to nie jest to grzech czy przejaw zwątpienia w miłość Boga, lecz problem psychiczny, którego rozwiązania trzeba szukać pomocy u specjalistów. Taki stan to krzyż, a nie grzech.

Jezus a bolesne przeżycia

Każdy człowiek, który bardzo cierpi, ma prawo myśleć, że jego cierpienie jest wyjątkowe i największe. Wszystkim cierpiącym – niezależnie od wieku i od powodu cierpienia – warto przypominać, że kimś na...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Katecheza"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Dostęp do filmów szkoleniowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy