Dołącz do czytelników
Brak wyników

Katecheza w praktyce

24 stycznia 2020

NR 1 (Styczeń 2020)

Nie zaniedbujmy metody podawczej, czyli o właściwych proporcjach w nauczaniu

88

Co jest powodem niechęci wielu nauczycieli katechetów do metody podawczej? Jakie są grzechy główne naszej kościelno-katechetycznej dydaktyki? Co trzeba zmienić, żeby na nowo nasze lekcje religii stały się atrakcyjne? W niniejszym artykule postaram się nakreślić pewne drogowskazy, które przede wszystkim dotyczą mentalności w nauczaniu.

Typowa „slajdologia”

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że temat, o którym piszę, jest sztuczny, wydumany. Przecież tyle się mówi o aktywizacji ucznia! Po co nam powrót do metody podawczej? Czy to nie jest jakieś uwstecznienie, grzebanie w koszu współczesnej dydaktyki? Nie! Spójrzmy na dzisiejsze uwarunkowania pracy w szkole. Wprowadzenie dziennika elektronicznego we wszystkich polskich szkołach sprawiło to, że w każdej sali lekcyjnej jest dostęp do internetu za pomocą stałego łącza lub Wi-Fi. Prawie we wszystkich klasach jest także ekran z projektorem lub tablica interaktywna. Dzięki temu każdy nauczyciel może swobodnie na swojej lekcji korzystać z najnowszych metod edukacyjnych. Może również bez żadnych ograniczeń prezentować uczniom różne filmiki, zdjęcia, obrazy. W ten sposób lekcja wydaje się bardziej atrakcyjna. Dla pokolenia milenialsów, dla których przekaz obrazowy (memy, emotikony) jest kluczowy, takie zajęcia mogą stać się prawdziwą ucztą. Ale zdarza się tak, i to dość często, że uczniowie wychodzą rozczarowani z lekcji. Sam pamiętam takie wykłady, na których nauczyciel przez całą godzinę używał tylko slajdów. Takie zajęcia nazywaliśmy zgryźliwie „slajdologią”. Bo rzeczywiście nic nowego nie wynieśliśmy – poza wielkim emocjonowaniem się nauczyciela nad możliwościami MS PowerPointa czy Prezi. 
Taka sytuacja przypomina mi również moje czasy gimnazjalne, kiedy to prawie na każdej lekcji puszczano filmy edukacyjne. Wtedy mieć telewizor w sali to było coś! Ale nawet to się przejadło! Pamiętam, że jako uczniowie gimnazjum czy później liceum woleliśmy porozmawiać na jakiś temat, niż oglądać kolejny „świetnie zrealizowany” film tematyczny. Mam wrażenie, że obecnie dzieje się to samo, tylko że film na kasecie VHS został wyparty przez filmik na YouTubie. Najgorsze jest to, że wielu nauczycieli, o zgrozo – najwięcej katechetów, odpuściło nauczanie na rzecz nieustannego oglądania filmów. Słyszę od wielu młodych ludzi, także od ministrantów, że na ich lekcje religii szkoda chodzić, bo to strata czasu, jeśli ksiądz lub katecheta ciągle puszcza filmy. Kiedyś sporo nauczycieli tak robiło, niestety, ciągle ten problem dotyczy najczęściej katechetów, a zwłaszcza duchownych. Bo łatwo włączyć film i jakoś przetrwać te 45 minut z uczniami, ale czy o to chodzi?

Przerost formy nad treścią

Inna sytuacja, która obrazuje zanik właściwej metody podawczej w na­uczaniu, to rekolekcje szkolne. Kiedyś zaproszono na rekolekcje wielkopostne do Świętego Krzyża w Warszawie młodego, wybitnego metodyka, profesora katechetyki na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. W tych „ćwiczeniach duchowych” wzięło udział kilkuset licealistów ze szkół z terenu parafii. Kościół był naprawdę wypełniony ludźmi po brzegi. Następnego dnia została garstka osób! Dlaczego? Co się stało? Uczniowie odpowiadali: „Proszę księdza, to strata czasu! Te rekolekcje to są dla gimnazjalistów, a nie dla licealistów czy maturzystów! Ksiądz rekolekcjonista traktuje nas niepoważnie. Opowiada jakieś oczywiste rzeczy…”. Rzeczywiście, kaznodzieja był świetnie przygotowany pod względem aktywizacji uczniów: robił scenki, pantomimy, przynosił ze sobą jakieś gadżety, ale nic z tego głębszego nie wynikało. Był obraz, ale zabrakło treści. Kiedy podsumowywał jakąś scenkę, wyciągał bardzo proste wnioski, które nie były maksymami życiowymi na miarę wielkich świętych, ale truizmami, niewnoszącymi dosłownie nic w życie duchowe tych młodych ludzi. Zabrakło teologii, biblistyki, etyki czy psychologii. Była mistyka na poziomie pomysłowego Dobromira. Musiałem rok później zapewniać uczniów, że nowy rekolekcjonista naprawdę ma coś do powiedzenia. Mamy zatem przykład przerostu formy nad treścią. Wielu katechetów, przygotowując się do zajęć, myśli najpierw nad tym, jak atrakcyjnie przedstawić temat, a nie zastanawia się nad tym, jaki jest ich cel. To jest podstawa wszelkiego nauczania! Wyznaczenie celu, który mentor chce osiągnąć, to warunek sine qua non. Inaczej wszystko zostaje przegadane. Wtedy taki nauczyciel niczym się nie różni od ucznia, który „leje wodę”. Atrakcyjność nie może przeważyć celowości, bo w najlepszym wypadku osiągniemy efekt marnej reklamy. Nawet specjaliści od reklamy, zanim zaczną pracować nad nią, próbują określić cel – co chcą przekazać i do kogo ma trafić ich przekaz. 

Więcej niż Wikipedia

Problemem współczesnej edukacji jest znalezienie złotego środka między wiedzą a umiejętnościami. W katechezie chodziłoby o wiarę i jej ­zrozumienie, czyli wypełnienie klasycznej zasady fides quaerens intellectum. Bo rzeczywiście wiara poszukuje zrozumienia i na tym osadza się cała argumentacja za nauczaniem religii w szkole. Musi być konkretna wiedza, ale też umiejętność swobodnej dyskusji. Pierwsza reforma, która wprowadziła gimnazjum, mocno akcentowała umiejętności. Skutkiem tego było to, że mieliśmy uczniów chętnych do dyskusji, ale nieposiadających rzetelnej wiedzy. Do dziś owocami są „słynne dyskusje” na Facebooku, na którym każdy wypowiada się na tematy ­filozoficzne, społeczne i religijne, a często te wypowiedzi są pozbawione jakiejkolwiek wartości merytorycznej. Druga, obecna reforma, przywróciła to, co było przed pierwszą, czyli przeakcentowała posiadanie wiedzy. Skutkiem tej jest uczenie się regułek na pamięć bez zrozumienia istoty problemu. Na przykład uczniowie na religii są w stanie odpowiedzieć na pytanie, co to jest sumienie lub co to jest bierzmowanie, ale nie mają pojęcia, czym de facto są te kwestie. 
Dziś nie trzeba wszystkiego uczyć się na pamięć. Oczywiście są pewne rzeczy, które są konieczne do zapamiętania. Trudno sobie wyobrazić lekarza, który nie zna anatomii i za każdym razem sięga do atlasu. Jednakże rozwój technologii, cyfryzacja wyników badań naukowych i ich powszechny dostęp spowodowały, że uczeń czy student nie musi wszystkiego mieć w głowie. Wystarczy wpisać hasło w wyszukiwarce, np. Google, i od razu pojawia się szeroki artykuł na Wikipedii, która obecnie jest już dość rzetelnym źródłem wiedzy. Dzisiejszy uczeń potrzebuje czegoś więcej niż suchych faktów, potrzebuje mistrza! Niestety, nasze szkoły, a w nich religia, stały się ofiarą klienteli. Szkoła sprzedaje wiedzę, a nie idą za nią żadne relacje międzyludzkie. Nau...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Katecheza"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Dostęp do filmów szkoleniowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy