Dołącz do czytelników
Brak wyników

Z praktyki katechety

15 września 2021

NR 11 (Wrzesień 2021)

Dorosłe Dzieci z rodzin dysfunkcyjnych (DDD) – mówią o sobie

1

Polska rodzina zmaga się z wieloma problemami, w tym ujawniającą się w niej określoną dysfunkcją, a jest nią przede wszystkim nadużywanie alkoholu czy alkoholizm jednego lub obojga rodziców, rozwody prawne czy emocjonalne, nieobecność rodziców w procesie wychowawczym czy problem ze zdrowiem psychicznymi któregoś z rodziców. 

1 234 Konsekwencją takiej sytuacji rodziny polskiej jest rosnące w coraz większej liczbie pokolenie dorosłych dzieci z rodzin dysfunkcyjnych (DDD), a zwłaszcza dorosłych dzieci alkoholików (DDA). DDD czy DDA są to pełnoletnie osoby, które wychowywały się w rodzinie, w której ujawniła się jakaś dysfunkcja. Można domniemywać, że DDA stanowią około 40% dorosłej populacji naszego kraju, a jednocześnie z roku na rok wzrasta spożycie alkoholu w Polsce. W 2020 roku Polacy wydali na alkohol prawie 40 miliardów złotych5

POLECAMY

Do tej grupy dorosłych z rodzin z problemem alkoholowym dochodzi jeszcze kilkanaście procent osób, które wychowywały się w rodzinie, w której występowała inna wymieniona powyżej dysfunkcja Oczywiście należy mieć świadomość, że często w jednej rodzinie może wystąpić kilka różnych dysfunkcji i globalna skala problemu nie jest prostym dodaniem powyższych danych procentowych. Trzeba jasno powiedzieć, że atmosfera domu dysfunkcyjnego związana jest ze stanem swoistego napięcia powiązanego z nieprzewidywalnością tego, co może się wydarzyć, z narastającym gniewem, złością, pretensjami, co powoduje u osób doświadczenie stanów głębokiego niepokoju. Konsekwencją emocjonalnego opuszczenia dziecka w rodzinie dysfunkcyjnej jest jego bardzo niskie poczucie wartości czy nawet bezwartościowości6, co w sposób czytelny obrazują poniższe wypowiedzi studentów i absolwentów.

Magda (26 lat): Od samego dzieciństwa mam problemy z relacjami. Problemy te mogę nazwać problemami wewnętrznymi, gdyż dla osób otaczających jestem osobą żywą, radosną i pomocną. Wewnątrz jednak jestem ciągle zastraszonym dzieckiem bojącym się utracić akceptację osób z zewnątrz. Moje życie jest właśnie takim bieganiem za akceptacją – mało robię dla siebie, wiele dla innych. Nie wypływa to jednak często z dobrego serca – wypływa to ze strachu, że jeśli nie pomogę, nie poprę nie będę już potrzebna. Relacje z płcią przeciwną również bazują na tej zasadzie – moją osobą rządzi ciągły strach przed odrzuceniem. Czasami mam wrażenie, że dopasowuję swoje marzenia do marzeń bliskiej mi osoby – wmawiam sobie, że pragnę tego, co ona, bo tak jest łatwiej. Jednak kiedy budzę się pośrodku nocy, napada mnie myśl, że oszukuję sama siebie, że moje pragnienia są zepchnięte w podświadomość i tylko w ciszy mogą przemówić. Nad ranem jednak znów zaczynam się oszukiwać, robię wszystko, by nie mieć czasu na myślenie i tak powoli wpadam w pracoholizm. Nawet swojemu chłopakowi nie mówię o swoich pragnieniach z obawy przed tym, że nie będą zgodne z jego – a wtedy on mnie zostawi. Przyłapuję się na tym, że wyrzekam się samej siebie, byleby poczuć się choć przez chwilę kochana.

Julia: Nie umiem się bardzo cieszyć ze swoich sukcesów, np. zdania matury, dostania się na studia, dobrej oceny z egzaminu itp. Największym marzeniem jest wyzdrowienie uzależnionego rodzica, poprawa stosunków między mamą a tatą, poczucie spokoju i szczęścia każdego członka rodziny. A gdyby dało się tego nauczyć jak do kolokwium, to byłoby po prostu wspaniale.

Piotr: W mojej rodzinie życie nie miało większej logiki ani sensu. Znaczna część czynności i działań była związana z tym, żeby »jakoś« przeżyć. Powoduje to ciągły stres, obawy przed tym, co się dziś wydarzy i lęk przed jutrem. Mając świadomość tego, że tak dzieje się od dawna, miałem przekonanie graniczące z pewnością, że tak będzie zawsze. A to zabijało nadzieję i czyniło moje życie bezsensownym. Myśli się wtedy tylko o tym, żeby mieć święty spokój i żeby się nie bać. Stres doświadczany w domu przekładał się u mnie na wszystkie inne sfery życia. Byłem już potem zdenerwowany i napięty prawie zawsze i wszędzie. Z permanentnego stresu zaczęły pojawiać się u mnie problemy zdrowotne, m.in. problemy ze snem, bóle brzucha, rozkojarzenie czy brak koncentracji.

Ala: W mojej rodzinie rodzice byli obecni fizycznie cały czas. Jednak silnie z perspektywy czasu odczuwam ich nieobecność psychiczną w okresie mojego dzieciństwa i dorastania. Mama, choć piła, bardzo dużo pracowała, praktycznie od rana do wieczora, aby nas utrzymać. Nie miała czasu porozmawiać, często nie miała czasu nawet ugotować obiadu. Była mi kimś obcym. Tata natomiast pochłonięty był cały czas słuchaniem muzyki i czytaniem książek, tak odreagowywał swoją samotność związaną z alkoholizmem mamy. Bywało tak, że przychodziłam do któregoś z rodziców z pytaniem, a on mówił »później« albo był tak pochłonięty swoim zajęciem, że nie zwracał na mnie uwagi. To chyba było najboleśniejsze, bo czułam się taka nic nieznacząca. Wtedy sobie przyrzekałam, że będę sobie radzić sama, że nie będę prosić już nikogo o pomoc. 

Weronika: Od dzieciństwa nie doświadczyłam właściwie bliskości i emocjonalnego związku z rodzicami. Częściowo z powodu sporej różnicy wiekowej (w momencie moich narodzin rodzice mieli po 40 lat), częściowo natomiast z takiego modelu funkcjonowania rodziny. Mieszkając z rodzicami i rodzeństwem pod jednym dachem, tak naprawdę nie potrafiliśmy się prawdziwie spotkać i przebywać z sobą. O sprawach ważnych i istotnych w domu albo się nie dyskutowało, albo też wymieniało się spostrzeżenia w przelocie i pośpiechu. Zamiast ciepła domowego ogniska panował chłód emocjonalny, który we mnie samej zderzył się z wielkim i pięknym pragnieniem miłości.

W przestrzeni dysfunkcyjnej rodziny dzieci uczą się trzech rzeczy na „nie”: nie ufać, nie mówić i nie odczuwać, których przestrzeganie staje się ich życiową koniecznością, a które często przenoszą w przyszłości w swoje dorosłe życie:

Piotr: Po pewnym czasie nie ufa się już nikomu. Z tym wiąże się silne poczucie niepewności. Żyjąc tak przez długi czas, zaczyna się nie ufać nawet samemu sobie.

Piotr: Niemówienie o problemie, jaki jest w rodzinie, jest według mnie jednym z największych błędów, bo to utrwala przekonanie, że nic się nie stało, przecież »wszyscy« piją. Takie postępowanie zamyka całą rodzinę z problemem w środku i znacznie utrudnia jego rozwiązanie. W mojej rodzinie nie mówiło się o problemie. Każdy o tym wiedział, ale nikt o tym głośno nie mówił. Dalsza rodzina nie chciała się mieszać w sprawy naszej rodziny, żeby nie mieć problemu. Dzieciom nie wolno było źle mówić o rodzicach, a jak już podjęło się ten temat, to w odpowiedzi słyszało się »inni mają jeszcze gorzej«.

Wtedy zaczyna się oszukiwanie samego siebie i zaklinanie rzeczywistości. Oszukując siebie, po jakimś czasie nie byłem już pewny, co jest prawdą, a co tylko wyobrażeniem. Takie myślenie wchodzi w nawyk, prowadzi do takiego stanu, że niczego już nie byłem pewny na 100%.

Ala: Przez długi czas wmawiałam sobie, że to, że mama pije, wcale mnie nie dotyczy. Nie zdawałam sobie sprawy, że staję się coraz bardziej zamknięta w sobie. Przy tacie mówienie o mamie, że pije praktycznie było niemożliwe, bo on się wkurzał i krzyczał. Sam...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Katecheza"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Dostęp do filmów szkoleniowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy