Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rozmowa z ...

15 września 2021

NR 11 (Wrzesień 2021)

WSPÓLNOTA – drabina do Boga

2

Rozmowa Aleksandry Kobusińskiej z księdzem Radkiem Rakowskim, duszpasterzem akademickim poznańskiego Duszpasterstwa Winiary

Aleksandra Kobusińska: Kościół to wspólnota ludzi wierzących, rodzina to najmniejsza wspólnota, duszpasterstwo akademickie jest wspólnotą studentów. Przez życie Kościoła przewija się nieustannie słowo wspólnota, od samego jego początku i nabiera coraz to innych wymiarów. Co właściwie znaczy słowo i jakie ma cechy?

POLECAMY

Radek Rakowski: Najbardziej pierwotną wspólnotą jest rodzina i to ona nam daje siłę do wyjścia do obcych i budowania szerszej wspólnoty. Mam małych siostrzeńców i dla nich najważniejsza wspólnota to mama, tata, babcia, dziadek. Wiadome jest, że w każdej rodzinie, w tej najmniejszej wspólnocie, jest kłótnia, wieczny konflikt, bo każdy ciągnie niejako w swoją stronę, musimy iść na kompromisy itd. I we wspólnocie Kościoła jest tak samo, a my myślimy, że jak w Kościele pojawiają się konflikty, to że ta wspólnota źle funkcjonuje. Kościół poddał się w niektórych aspektach. Zobaczcie, pozostawiliśmy tylko jakieś przestrzenie abstrakcyjne w budowaniu wspólnoty, czyli np. że spotkamy się raz w tygodniu na godzinkę na mszy świętej i po dopełnieniu obowiązku rozejdziemy do swoich domów. I wtedy wspólnota wygląda jak taka poukładana, dobra, bo godzinkę każdy umie wytrzymać, poudawać kogoś, kim nie jest. Nie musi walczyć o swoje, budować kompromisów. Dodatkowo tę godzinę spędzamy w miejscu, które jest otwarte publicznie, jesteśmy wśród obcych, nie musimy spierać się o jakieś funkcje, tylko siadamy do ławki, przekazujemy znak pokoju symbolicznie i wracamy do domu. Budowanie wspólnoty powinniśmy wzorować na rodzinie, a to jest ciągłe użeranie się ze sobą, przestrzeń, gdzie się ciągle „siedzi na kupie”. Moja rodzina miała taki duże mieszkanie w kamienicy i zawsze było tak, że jak moja mama szła do kuchni szykować obiad, to wszyscy za nią do kuchni, potem razem do pokoju, siadaliśmy na jednej kanapie i mój ojciec zawsze się śmiał, że dom ma sto metrów kwadratowych, a my wszyscy na jednym metrze siedzimy. I na tym polega wspólnota, że nie się rozdzielamy, tylko się przybliżamy w każdym aspekcie życia. 

W poszukiwaniu definicji wspólnoty natrafiłam na piękne sformułowanie, że „wspólnota jest doświadczeniem różnorodności”. Jest miejscem, które łączy przeciwności. Ksiądz jako duszpasterz akademicki jest niejako pasterzem pewnej wspólnoty studentów. Jakie są księdza doświadczenia związane właśnie z tym milionem różnych charakterów zderzających się na co dzień, relacji budujących się na spotkaniach? Jak młodzi ludzie czują wspólnotę i czy jest dla nich ważnym elementem ich budowania własnej tożsamości?

R.R.: Chciałbym zacząć od tego, że mówiąc o wspólnocie, mamy pewne niebezpieczeństwo klerykalizmu, o czym też wspomina papież Franciszek, że to Księża są pasterzami i budują wspólnotę. W mojej rodzinie było tak, że wszyscy czuliśmy się równoprawnymi członkami rodziny, czyli nie było tak, że teraz wszystko jest ukierunkowane na jednego, np. na ojca. W rodzinie wszyscy są różni, ale mają jednakowe prawa. We wspólnocie akademickiej staram się o to, żeby wszyscy mieli równy głos, ja jako pasterz też mogę dostać reprymendę. Ostatnio dziewczyny wezwały mnie na rozmowę i przedstawiły mi listę zarzutów. Powiedzieliśmy sobie, jak wygląda sytuacja, wyjaśniliśmy i wszystko w porządku. One nie zataiły prawdy, żeby księdzu, broń Boże, nie było przykro. Jestem człowiekiem, jak robię coś źle, to też może być mi przykro i też potrzebuję upomnienia. Tak więc pierwszą rzeczą jest, żeby w parafiach unikać klerykalizmu. Nie ja jestem w centrum, tylko młodzi są w centrum. Wszystkie poważne rozmowy muszę dźwigać i odbierać milion telefonów, bo jestem dla nich. Jak wszystko idzie dobrze, to i tak zaraz coś gruchnie, to są takie rzeczy jak w domu, ktoś się obraża, są jakieś konflikty. Ja jestem wychowany przez Jana Górę i on nas wychowywał przez pracę w domu na Lednicy. I on nas uczył, że trzeba o ten dom dbać, nie tylko siedzieć na kanapie i rozważać sobie słowo Boże, tylko poznawać to Słowo Boże w codzienności. Nie przypominam sobie, żeby moi rodzice robili nam spotkania formacyjne w domu, wszystkiego uczyliśmy się w praktyce. 

Dlatego bardzo mi zależy, żeby młodzież ze mną żyła, żebyśmy razem jechali na wakacje i razem spędzali czas i „siedzieli na kupie”. Na tyle, na ile mnie młodzi dopuszczą do swojego życia, na tyle nasze bycie staje się wspólnotą. 

W obliczu wszechobecnego indywidualizmu i takiej postawy zamkniętej młodych ludzi, którą często obserwujemy, np. w komunikacji miejskiej, tzn. nos w ekranie, unikanie spojrzeń i wymiany uśmiechów, nurtuje mnie pytanie, czy współczesny człowiek potrzebuje wspólnoty? Czy gdzieś nie istnieje takie przekonanie, że każdy człowiek jest samowystarczalny? Zastanawiam się, czy nie wynika to z faktu, że współczesny człowiek często idzie na łatwiznę, a przecież relacje wymagają czasu, poświęcenia, rezygnacji z siebie dla drugiego, siły i starań. 

R.R.: Tak, człowiek potrzebuje wspólnoty, tylko jej nie rozumie. My zaczynamy od prostych gestów. W wielu kościołach, aby msza święta mogła się zadziać, potrzebne są trzy osoby: ksiądz, organista i kościelny (śmiech). U nas, żeby msza akademicka o 20 mogła się zadziać, potrzebne jest co najmniej 50 osób – dlatego, że każdy jest za coś odpowiedzialny: jeden za śpiew, jeden za niesienie świecy, jeden za kielich. Często jest wyciąganie ludzi z ławek, bo np. nie będzie kadzidła, jak ludzie będą siedzieć po prostu w ławce, więc msza święta się nie odbędzie. Ludzie muszą coś zrobić, żeby zaistniała wspólnota. Msza święta to nie jest serwis dla ludności, tylko spotkanie wspólnoty. Musi być moment, że zaczniesz służyć. Podam przykład – znaku pokoju – na wielu mszach świętych jest on przekazywany bezsensownie, czyli ludzie jakby wylewu dostawali: zaczynają machać głową bez sensu, a to trzeba spojrzeć głęboko w oczy i podać rękę, wyjść z ławki, zrobić krok. I czasami u nas jest tak, że na środku się kotłują ludzie i wszyscy sobie podają rękę. Czasami też przed mszą wychodzę i mówię do ludzi, żeby podali rękę pięciu osobom, których nie znają i przedstawili się. To wszystko po to, żeby pokazać, że coś trzeba zrobić, żeby tę wspólnotę zbudować. 

Wyższy poziom wspólnoty to nasze duszpasterskie domy. Kilka lat temu dostaliśmy od Sióstr Pasterek dwa domy. W jednym mieszkają dziewczyny, w drugim chłopcy. W każdym z nich jest kaplica. Oni żyją razem, jedzą razem, modlą się, budują wspólnotę. Oprócz tego te domy są otwarte na ludzi z zewnątrz – każdy ze wspólnoty może przyjść, przenocować, zjeść, to jest taki mały kościół. Tam są konflikty i problemy, bo to są domy wspólnotowe, nie domy hotelowe.

Ludzie chcą budować wspólnotę, tylko się boją odrzucenia i często studenci pytają mnie: „A zrobi ksiądz wycieczkę wakacyjną?”. A ja zawsze odpowiadam: a dlaczego ty nie ogłosisz, że chcesz jechać z kimś na wakacje? Jest tak niskie poczucie własnej wartości, że nikt nigdy nie będzie chciał nic z nimi robić i nikt ich nie lubi. Po co ja mam robić jakiekolwiek ­spotkanie, jak ja nie umiem nic mówić, to lepiej na Instagramie się pokazać sztucznie, bo to jest kreowana rzeczywistość i bezpieczna przystań. Teraz, szczególnie w tych czasach, w których żyjemy mocno on-line, w jaki sposób tworzyć wspólnotę? Czy jesteśmy w stanie tworzyć ją w wirtualnym świecie?

R.R.: Nie, wspólnota na odległość nie ma sensu, nie może zaistnieć. Przykładem są transmitowane msze. To się za chwilę ludziom znudzi. Najpierw musi zaistnieć relacja, żeby potem móc podtrzymywać ją on-line. Musi być wspólne przeżycie, chociażby wspólne umycie podłogi albo wypicie kawy, bo bez tego nie można zbudować wspólnoty. 

Wspólnotę buduje się przez przeżycia, nie przez sam fakt przebywania z innymi. Niektórzy uważają, że w duszpasterstwie jest za mało spotkań modlitewno-formacyjnych, ale ja uważam, że takie spotkanie powinno być wynikiem tego, że ja chcę się z kimś modlić, bo kocham. Żydzi, żeby móc modlić się w synagodze, potrzebują 10 członków. I to ty musisz się troszczyć, aby tych dziesięciu chciało się z tobą modlić, musisz się troszczyć, żeby cię nie wykluczyli. My musimy zrozumieć, że żeby móc budować relację z Bogiem, musimy być członkiem wspólnoty, a żeby nim być, to musimy się troszczyć o ludzi. To, jest to, o czym mówi Jezus: „Gdzie dwaj lub trzej zgromadzeni są w imię moje tam ja jestem pośród nich”. Czyli musi zaistnieć wspólnota, żebyśmy mogli się razem modlić. Zawsze trzeba coś zrobić, żeby zbudować wspólnotę, nie wystarczy być. Jeśli chcesz zbudować relacje z Bogiem, to musisz się wyspowiadać, jeśli chcesz budować relację głęboką z braćmi i siostrami, to też trzeba przyjąć Komunię, która jednoczy. To, że ty siedzisz na mszy, to może ma wymiar katechetyczny, ale nie ma wymiaru wspólnotowego, zjednoczeniowego z Bogiem, braćmi i siostrami i dlatego musisz nie być bierny. 

Święty Łukasz, charakteryzując starożytne wspólnoty chrześcijańskie, napisał: „Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących” (Dz 4, 32). Czy potrzebujemy mieć wspólny cel, żeby tworzyć wspólnotę?

R.R.: Zdecydowanie tak, aby ją stworzyć, potrzebujemy mieć wspólny cel. Może ona być na poziomie miłości w relacjach. Nawet jeśli ateista ma zbliżoną definicję miłości, to damy radę zbudować jakoś wspólnotę. Ale jednak pełnia relacji i wspólnoty jest wtedy, kiedy stawiamy sobie osobę Jezusa jako odwołanie, jako prawdę. Z...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Katecheza"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Dostęp do filmów szkoleniowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy