Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rozmowa z ...

23 września 2022

NR 17 (Wrzesień 2022)

Być przyjacielem – misja życia
Rozmowa Aleksandry Kobusińskiej z Aleksandrą Mielewczyk, misjonarką świecką

0 4

Aleksandra Kobusińska: Bycie misjonarzem kojarzy nam się ze szczególnym powołaniem, z pewną rezygnacją z wygód dotychczasowego życia i poświęcenia innym. Jaka jest Twoja historia i jak Ty postrzegasz bycie misjonarzem?

POLECAMY

Aleksandra Mielewczyk: Myślę, że bycie misjonarzem, czy to świeckim, czy konsekrowanym, na dwa miesiące, rok czy na całe życie – zdecydowanie jest powołaniem! Moje doświadczenie pokazuje mi, że sama, o własnych siłach, ani nie znalazłabym wspólnoty tak odpowiadającej moim potrzebom i pragnieniom serca, ani nie zdecydowałabym się na wyjazd, a już na pewno nie wytrzymałabym na misji dłużej niż tydzień. Zawsze trochę konsternuje mnie, kiedy ktoś mówi, że podziwia mnie za decyzję pozostawienia wszystkiego na dwa lata. Przecież żaden z etapów historii mojego wyjazdu na wolontariat misyjny nie jest moją zasługą. No, może tylko to, że dałam się prowadzić.

Po obronie licencjatu w 2018 roku wyjechałam na 1,5 roku, ostatecznie zostając 2 lata, miesiąc i tydzień na misji z Domami Serca na Kubie. Myśl o misji krążyła po mojej głowie już na drugim roku studiów, jednak pomysły były różne – może Salezjanie, może Polska Akcja Humanitarna, może misja typowo ewangelizacyjna? Studiowałam wtedy w Toruniu dziennikarstwo i w ramach praktyk prowadziłam program Westerplatte Młodych w TV Trwam. Był jeden zimowy odcinek, którego prowadzenie bardzo mi nie pasowało, gdyż musiałam skrócić wyjazd. „Dziwnym trafem” jednak nikt nie mógł go za mnie wziąć. No i tak poznałam właśnie międzynarodową wspólnotę Domy Serca, która proponuje młodym ludziom wyjazd na wolontariat za granicę na okres od roku do dwóch lat, aby służyć obecnością najbardziej wykluczonym i samotnym z ludzi. Na początku pomyślałam, że to zupełnie nie dla mnie – chciałam ewangelizować albo budować studnie w Afryce, a ci ludzie po prostu SĄ, przyjaźnią się z sąsiadami w dzielnicach biedy. 

 

 

Podczas rozmowy przed programem jedna z dziewczyn, która odbyła misję na Filipinach, opowiedziała mi historię, która do dzisiaj porusza moje serce. Tamtejsza wspólnota odwiedza co tydzień kobiety osadzone w więzieniu. Sabina wspominała rozmowę z jedną więźniarką – kobietą skazaną za zabicie swojego dziecka zaraz po urodzeniu (miała ich już czwórkę). Młoda Filipinka w ogóle nie żałowała tego, co zrobiła, wręcz przekonując, że zrobiła dziecku przysługę, nie zmuszając go do cierpienia na tym świecie. Sabina przerwała wtedy historię, mówiąc: „I ja patrzyłam na tę dziewczynę, myśląc, jak mam niby kochać kogoś takiego? Po to przecież zostałam posłana… Ale jak?”. Bardzo uderzyło to zdanie. Doszło do mnie, że skoro Sabina zastanawia się, JAK kochać taką osobę, to znaczy, że można. Świadomość, że istnieje taka miłość – myślę, że z pełną świadomością mogę to powiedzieć – zmieniła moje życie.

Jeszcze przez jakiś czas się zapierałam, ale w głębi duszy już po programie wiedziałam, że to z nimi pojadę na misję. Jednak co do charakteru kontemplacyjnej wspólnoty o charyzmacie współczucia i pocieszenia, a nie działania – jeszcze kilka miesięcy po przyjeździe na Kubę – nie byłam przekonana. Wierzyłam bardzo mocno, że to tu posłał mnie Pan Bóg, ale nie wiedziałam jeszcze, dlaczego. Dopiero z czasem, dzięki prostemu stylowi życia, codziennej Eucharystii i adoracji, życiu wspólnotowemu, poświęcaniu się potrzebującym, zrozumiałam, że to nie jest tak, że Pan Bóg mnie wysłał na misję ze wspólnotą, której charyzmat jest inny niż moja natura, żebym doświadczyła czegoś nowego. Tak naprawdę wcale nie znałam siebie i okazało się, że długie lata nie dawałam swojej kontemplacyjnej, trochę introwertycznej stronie dojść do głosu. 

Wszystko powyższe, jak i kryzysy i chęć powrotu do domu, które przychodziły cyklicznie co trzy miesiące, pozwala mi śmiało stwierdzić, że bez powołania się nie da. Ale – jeżeli już czujemy to pragnienie w sercu – trzeba mocno zaufać, że On nie powołuje przygotowanych, tylko przygotowuje powołanych. 

A.K.: Jak to jest żyć tyle czasu w obcym kraju, w kraju, w którym brakuje absolutnie wszystkiego, gdzie policja i polityka wkrada się w każdy element życia, ale też w miejscu, gdzie ludzie są pełni radości?

A.M.: Zostawienie swojego kraju wymagało ode mnie nie tylko fizycznego wyjazdu, ale zostawienia swoich przyzwyczajeń, schematów myślowych i kulturowych, które miałam wpojone. Wiadomo, nigdy nie pozbyłam i nie chciałam pozbyć się polskości, jaką mam w sobie, ale bardziej chodziło o otwarcie się na to, że w tym kraju jest inaczej, ludzie pewne gesty i słowa rozumieją i interpretują inaczej. Musiałam zaakceptować, że nigdy nie będę w stanie w pełni zrozumieć ich sytuac­­ji. No bo jak miałabym wyobrazić sobie życie w kraju, który mnie więzi w swoich granicach, który mnie inwigiluje, w którym wszystkie proste sprawy są dziesięć razy bardziej skomplikowane, niż być powinny? Mogłam żyć w najbardziej skromny i podobny do kubańskiego sposób, ale zawsze z tyłu głowy miałam świadomość posiadania paszportu, który uprawnia mnie do powrotu do krainy nieograniczonego dostępu do internetu i papieru toaletowego – i to już jest coś, co zupełnie zmienia perspektywę patrzenia na świat. 

 

 

Ale w tym zostawianiu swojego kraju chodzi też o dokładanie ciągłego, codziennego starania, aby żyć możliwie najbardziej podobnie do nich – musiałam stać się Kubanką. Stać w tych samych kilkugodzinnych kolejkach po cztery ziemniaki, jeździć tymi samymi zatłoczonymi autobusami, nie wysypiać się w nocy z powodu braku prądu, zrezygnować z bardzo drogich lub ciężko dostępnych produktów, które w Polsce są podstawą (np. jajka, mleko, mąka) itd. 

Moja droga do pokochania Kuby była wyboista, nie przeczę. Zaraz po przyjeździe byłam zachwycona – te kolory, palmy, stare auta, słońce, muzyka na ulicach. Kuba wydawała mi się rajem na ziemi. A potem zaczęłam rozumieć, co nasi przyjaciele mówią. Doszło do mnie, jak bardzo trudna jest ich sytuacja, jak niesprawiedliwa. I ta niesprawiedliwość nie dawała mi spokoju, byłam w wojowniczym nastroju, chciałam za nich zmieniać ich kraj… Jednak nie na tym polega nasza misja. Polega ona na kochaniu tych, których Bóg stawia nam na drodze, i towarzyszeniu im w tym, z czym się zmagają. Bo, jak mówił założyciel Domów Serca, największym cierpieniem człowieka nie jest bieda, a samotność. Nie byłam tam po to, aby zmieniać ich życie. Ani kraj. Dopiero kiedy sobie to uświadomiłam, zaczęłam uczyć się kochać Kubę, jej kulturę i sytuację, jak skomplikowana by nie była. Ale czy nie taka jest prawdziwa miłość?

A.K.: Kuba to kraj wielu wierzeń, mieszkańcy nie tylko są katolikami, ale również równolegle wyznają bóstwa afrykańskie. Santería, czyli właśnie te wierzenia, są przecież bardzo powszechne. Czym się to objawia i jak ewangelizować w takiej rzeczywistości? Jaka jest wiara Kubańczyków?

A.M.: Kubańczycy zdecydowanie są bardzo religijnymi ludźmi. Raczej nie ma nikogo, kto by nie wierzył w żadną „siłę wyższą”. No i nie ma się co dziwić, w sytuacji, w jakiej żyją, trudno nie szukać jakiegoś źródła nadziei. Właśnie santería, czyli religia afro-kubańska, oferuje bardzo łatwe recepty na szczęście i powodzenie. Te wierzenia obejmują składanie ofiar bóstwom (głów kóz, kwiatów, owoców, kurczaków bez głów, które kładzie się np. na rogach ulic), aby je „przekupić”, składanie przysięg zrobienia czegoś, jeżeli bóstwo spełni prośbę. 

Orishas, bo tak nazywają się te bóstwa, skrywają się za wizerunkami katolickich świętych, m.in. św. Barbary czy Matki Boskiej. To właśnie wprowadza do dzisiaj dużą konfuzję. Kubańczycy nie odróżniają często, co jest częścią prawidłowej doktryny katolickiej, a co zostało zniekształcone przez santeríę. Wymaga to od dobrze uformowanych katolików ciągłego wyjaśniania, klarowania niektórych kwestii. 

Jednak Kościół kubański jest prężnie i radośnie działający oraz wciąż się rozrasta. Znajdą się też osoby starsze, których wiara przetrwała represje czasu Fidela Castro, ale jest wielu młodych ludzi, którzy bynajmniej znaleźli się w Kościele z tradycji, przyzwyczajenia czy dlatego, że „rodzice kazali”. Ci, którzy uczestniczą w mszach świętych, to ludzie, którzy szczerze chcą tam być, cieszą się, że kościół jest otwarty i głośno śpiewają, a znak pokoju trwa 20 minut, bo każdy musi wyściskać się ze wszystkimi swoimi przyjaciółmi.

A.K.: Czy misjonarz to osoba mile widziana? Jak się czułaś w tamtym miejscu – jak obcy czy jak mieszkaniec?

A.M.: Działanie Domów Serca opiera się na przyjaźniach, które są „przekazywane” kolejnym wolontariuszom przez tych, którzy są na miejscu dłużej. Wymieniamy się „na zakładkę”. Na Kubie z kolei Dom Serca działa już 10 lat, więc kiedy przyjechałam, siostry ze wspólnoty, które były tam już jakiś czas, przedstawiły mnie naszym przyjaciołom. Ludzie ci często już od lat znają Dom i poznali wiele wolontariuszek, więc każdą kolejną przyjmują w swoich domach i rodzinach z otwartymi ramionami. Dla wielu, jeszcze przed przyjazdem na Kubę, już jesteśmy częścią rodziny. Mi casa es tu casa, czyli Mój dom jest twoim domem nie jest tylko powiedzeniem i pustym frazesem. 

I tak jak wśród przyjaciół Domów...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Katecheza"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Dostęp do filmów szkoleniowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy